Być matką w teorii i praktyce

Przez długi czas byłam przekonana, że bycie matką wiąże się albo z przerażającym widmem gospodyni domowej, pozbawionej jakiegokolwiek kształtu, własnych myśli i marzeń, albo kobietą, która ucieka przed baby-bluesem do telewizji, na własny blog czy do siłowni, w skąpych szortach i pełnym makijażu udowadniając, że nie takie to macierzyństwo straszne, jak go malują. To były moje dwie teorie. Dziś prawdziwszą wydaje mi się ta druga.

Ale w praktyce wszystko wygląda inaczej. Gdzieś pomiędzy panią domu słusznie poświęcającą cały swój czas rodzinie, a typem seksownej mamy, która zaraz po urodzeniu dziecka staje się narodową ekspertką od slow-life, macierzyństwa ekologicznego i wychowania w ogóle (a nie wie, że najlepsze dopiero przed nią;-), czai się zapomniany, choć często spotykany gatunek trzeci: matka pracująca. I właśnie z nim się identyfikuję.

Bycie matką to ciężka praca. Bycie matką pracującą to praca ciężka podwójnie. Bo kiedy twoje sąsiadki czy koleżanki spacerują z dziećmi popiskującymi w wózkach i opowiadają im o cudzie zbliżającej się wiosny i nenufarach w pobliskim stawie, ty kasujesz zakupy w supermarkecie, robisz pedicure, głosisz prelekcję o motywacji albo ładujesz zastrzyk. Nie sobie, oczywiście, ale komuś. Choć zastrzyk akurat by ci się przydał, gdyby był zastrzykiem energii.

Kiedy wracasz do domu, zastajesz dzieci z nosem w drzwiach niczym małe pisklęta, które nie rozumieją, dla jakich to ważnych spraw mama zostawia je pod opieką babci, niani czy przedszkola, oraz bałagan, który ogarniasz dopiero w weekend, o ile masz wolne. W tym całym zamieszaniu na początku możesz mieć wrażenie, że czegoś tu brakuje: czasu dla siebie.

Sexy-mama

Bycie matką pracującą uczy, że w ciągu jednej nocy można kłaść się spać po kilkanaście razy, nie zasypiając przy tym w ogóle albo tylko na godzinę, a potem jak gdyby nigdy nic cała w skowronkach pędzić do pracy.

Można rozmawiać przez telefon trzymając go między uchem a barkiem, przy okazji prasować albo gotować kaszkę.

Jadąc samochodem załatwić setki spraw zawodowych i osobistych.

Kołysząc dziecko w łóżeczku ćwiczyć z Ewą Chodakowską i suszyć świeżo pomalowane paznokcie.

Czytać sobie jedną książkę przez 2 tygodnie, w tym samym czasie czytając 20 książek dla dzieci.

Kąpać się i sprzątać łazienkę jednocześnie, wkuwając biznesowy angielski albo kodeks pracy.

Chodzić w szpilkach trzymając w jednej ręce torebkę, laptopa, paczkę pieluch i dwie siatki z zakupami.

Kiedy w końcu dochodzisz w tym do ładu, czyli w pracy nie masz zaległości, dzieci cię jeszcze rozpoznają, a koleżanki chcą rozmawiać o Oskarze dla „Idy”, nowym muralu Bansky’ego albo podrobionym dowodzie Perfekcyjnej Pani Domu, prawdopodobnie odnalazłaś niszę w czasie. Czy trafiłabyś na nią, gdyby nie kredyty, psujący się samochód, wymagające remontu mieszkanie, pusta szafa i lodówka, bo raczej nie powiesz, że pracujesz na swoje waciki…:-)

Bycie matką na dwa etaty – w domu i w pracy – daje wiele lekcji. Jedną z nich jest umiejętne zarządzanie czasem. Dzieci, męża, ale przede wszystkim swoim własnym. Kiedy jesteś matką zamiast marnotrawić czas, wyciskasz go jak cytrynę. I liczysz po cichu, że kiedyś to się skończy.
Że znów przez trzy godziny będziesz w totalnej ciszy czytać książkę.
Pójdziesz z koleżanką na kilkugodzinne zakupy i nie kupisz nic.
Prowadząc samochód dostrzeżesz kwitnącą jabłoń, zamiast sznura samochodów przed sobą.
A póki co cieszysz się tym co najważniejsze: że jesteś matką.

You may also like...