Czy mogę Cię prosić o pomoc?


– Nie możemy ciągle pokazywać chorych dzieci i prosić czytelników o pieniądze dla nich – takie słowa usłyszałam kilka lat temu od naczelnego gazety, w której pracowałam, gdy na porannym zebraniu zgłaszałam propozycję artykułu. To było dawno temu, ale pamiętam jak dziś. Widziałam ignorancję i rozczarowanie, że nie proponuję bardziej poczytnego tematu, tylko jakąś łzawą historię małego dziecka z cierpieniem w tle. Czasy się zmieniły i dziś Internet zalewa nas apelami o pomoc. Ma dużo większy zasięg niż kilka dzienników razem wziętych, dlatego odzew bywa szybszy i skuteczniejszy, a internauci mają możliwość błyskawicznego sprawdzenia wiarygodności danej informacji. Na szczęście.

Nie możemy pokazywać chorych dzieci i prosić czytelników o pomoc dla nich – takie słowa usłyszałam kilka lat temu od naczelnego gazety, w której pracowałam. 
Ale dlaczego? Przecież nie robimy tego codziennie – próbowałam bronić swojego tematu.
Nie, ludzie nie chcą być zamęczani takimi artykułami – naczelny miał argument na każde moje „ale”. Wiedziałam, że jak się uprze, nic go nie przekona. – Fundacje oszukują i są po to, by wyciągać pieniądze na coś innego – dodał.
Z trudem przełknęłam ślinę, wiedząc że musi realizować politykę właściciela gazety, i wzięłam się za inny temat.

Któregoś dnia w tej samej gazecie zaserwowaliśmy czytelnikom zwłoki samobójczyni w czarnym worku, otoczone kałużą krwi (na widok czego miałam odruch wymiotny). Innym razem roznegliżowaną dziewczynę, a jeszcze innymi pracownicę redakcji przebraną za kogoś na potrzeby artykułu. Takimi artykułami, które przecież nic dobrego nie wnosiły, podobno zaspokajaliśmy potrzeby czytelników. To nie był tabloid. Ot, zwykła gazeta codzienna jakich wiele w każdej części Polski.
Ostatecznie zrealizowałam swój temat, ale został opublikowany w mało widocznym miejscu na stronie, żeby przypadkiem nie urazić czytelników i nie zepsuć im humorów.

Piszę o tym dlatego, bo z satysfakcją obserwuję, jak dziś, w Internecie, zwłaszcza na portalach społecznościowych i crowfundingowych, internauci udostępniają apele z prośbą o pomoc dla chorych dzieci. Czasem na swoim prywatnym wallu widzę kilkanaście takich udostępnień, na blogowym również. Chociaż bardzo bym chciała, nie mogę odpowiedzieć na wszystkie, ale wierzę, że sporo osób się w nie angażuje. Jeszcze większą satysfakcję mam, gdy nagle pojawia się radosna nowina, że w ciągu kilkunastu godzin czy kilku dni udało się zebrać potrzebną sumę na konieczną operację (tak było ostatnio w przypadku Jasia Dąbrowskiego). Wtedy myślę sobie o tej upokarzającej sytuacji tamtego poranka w redakcji, gdy mój temat (historia ciężko chorego dziecka z prośbą o pomoc dla jego rodziny) okazał się tak mało atrakcyjny…Minęło kilka lat. Czas pokazał, że to, co mi się nie udało tamtego dnia, dziś z powodzeniem może zrobić każdy posiadacz konta w mediach społecznościowych.

A przecież w ta sama gazeta publikowała apele o pomoc, które przynosiły duży odzew. Sama opisywałam w niej historię kilkuletniego chłopca, który miał raka prostaty, a jego rodziców nie stać było na wyjazdy do Warszawy. Innym razem zbieraliśmy pieniądze dla ciężko poparzonego chłopca, który cudem przeżył kąpiel we wrzątku… Zbieraliśmy też pieniądze na protezy dla dziecka, które urodziło się bez nogi i ręki. 
I udawało się za każdym razem! Czytelnicy odpowiadali na nasze prośby. To było naprawdę wspaniałe. Były łzy, podziękowania i ogromna radość.
Słowa wypowiedziane tamtego poranka w redakcji były naprawdę przykre. 
Przecież nigdy, ani w tamtej gazecie, ani dziś w sieci, nie żądaliśmy od czytelników ich pieniędzy.
Nie zmuszaliśmy do pomagania.
Prosiliśmy.
Ci, którzy mogli, reagowali.
Nie każdy dzielił się pieniędzmi.
Większość dzieliła się swoim sercem.
Ludzie oferowali pracę własnych rąk, dobra materialne, pracę, nawet mieszkanie! Zaskakiwali nas wielokrotnie!
Z drugiej strony rozumiem obawy tych, którzy boją się, że przekazane przez nich pieniądze do jakiejś fundacji trafią nie tam, gdzie powinny, bo i takie rzeczy przecież się zdarzają.
Wiem też, że w Internecie do dziś krążą fałszywe apele o zbiórkę pieniędzy. 
Wiem, że trzeba być ostrożnym.
Sama dokładnie wszystko sprawdzam.
Ale gdybyśmy wszędzie wietrzyli podstęp, czy kiedykolwiek zdecydowalibyśmy się na pomoc?
Wiem, że pomaganie ma sens.
Zwłaszcza, gdy w grę wchodzi życie i zdrowie niczemu nie winnego dziecka.
Dlatego czasem będę Was prosić o pomoc.

Należy dawać to, co jakoś kosztuje, wymaga poświęcenia, pozbawia czegoś, co się lubi – aby dar miał wartość przed Bogiem.
Matka Teresa z Kalkuty

You may also like...