Jak zostałam dziennikarką

 

dziennikarka
Był ciepły wrześniowy dzień 2004 roku. Czwartek. Skończyłam lekcje polskiego w moim dawnym liceum, gdzie odbywałam studencką praktykę i poszłam prosto do redakcji gazety X w Rzeszowie. W torebce niosłam przygotowane wcześniej cv z nadzieją na pracę korektorki tekstów. Myślałam, że po prostu zostawię je w sekretariacie, ale miła pani (pozdrawiam Lidziu:-) oznajmiła, że nie ma rekrutacji na to stanowisko. Za to jest zapotrzebowanie na dziennikarzy-współpracowników i skierowała mnie do gabinetu zastępcy redaktora naczelnego. Ot, tak bez żadnych zapowiedzi. Nie pamiętam co miałam na sobie (jeansy?), ale na pewno nie był to strój na rozmowę kwalifikacyjną.
Wyobrażacie sobie, co wtedy przeżyłam?
Chciałam tylko zostawić cv, a tu czekała mnie rozmowa na stanowisko dziennikarza! Co miałam powiedzieć? Jak odpowiedzieć na pytanie: dlaczego chcę pracować jako dziennikarka? Nie miałam ani minuty, żeby wymyślić coś sensownego. Nie pamiętam, co wydukałam, wiem natomiast, że zastępca naczelnego, sądząc że praca dziennikarki jest moim marzeniem, kazał mi napisać trzy różne teksty i wrócić z nimi po weekendzie.
Proste, prawda?
Wyszłam przerażona, z postanowieniem, że już tam NIGDY nie wrócę. Ale wracając autobusem do domu przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że grzech by było nie spróbować. Czy miałam coś do stracenia? Nic. Kompletnie nic.
Byłam na ostatnim roku filologii polskiej. Od października czekały mnie zajęcia na uczelni w wymiarze – uwaga – seminarium magisterskiego raz w tygodniu. Praktycznie cały tydzień wolny!
Nie miałam żadnej pracy. Byłam singielką. Najwyższa pora, żeby zacząć żyć na własny rachunek, choć i tak byłam samodzielna, bo całe studia utrzymywałam się ze stypendiów.
W weekend ułożyłam kilka tekstów.
Musiały być dramatycznie słabe, skoro zastępca naczelnego kazał je napisać ponownie i wrócić jak będą poprawione.
Poprawiłam, wróciłam. Tym razem się nie zniechęciłam. Zawzięłam się, że poprawię je tak, aż będą dobre.

Mój pierwszy tekst

Mój pierwszy tekst, który nigdy się w tej gazecie nie ukazał, dotyczył remontu drogi krajowej nr 9 (dziś to DK 19) w kierunku Barwinka. Remont przebiegał także przez moją miejscowość. Był uciążliwy dla wszystkich. Światła, korki, krzyczący na siebie kierowcy, którzy całe wakacje byli skazani na „koczowanie” w samochodach w ok. 30-stopniowych temperaturach. Masakra. Wszyscy mieliśmy tego serdecznie dość.
Moim bojowym zadaniem była rozmowa z robotnikami pracującymi przy remoncie. Miałam zapytać ich, jak długo to wszystko potrwa itp. Oczywiście poszłam, przedstawiłam się jako dziennikarka gazety X, porozmawiałam. Nie miałam żadnego doświadczenia, więc naturalne, że się wstydziłam:-)

Potem każdego ranka, gdy zmierzałam do autobusu, żeby dojechać do Rzeszowa, robotnicy machali do mnie, gwizdali, wołali, dopytywali o artykuł… Chodziłam ze spuszczoną głową i przeżywałam katusze, nie wiedząc czy reagować na zaczepki czy nie, aż po kilku tygodniach, na tym odcinku remont się zakończył. Budowlańcy rozpoczęli roboty na innym odcinku. Mogłam spokojnie dojeżdżać do pracy, bo nikt mnie już nie nękał. Artykuł nigdy się nie ukazał, ale szef powiedział mi wtedy, że najlepszą częścią tego artykułu jest… rozmowa w budowlańcami. Mała rekompensata za tygodnie gwizdów w drodze do przystanku:-)

 

Moje pierwsze megazlecenie

Dziennikarz-współpracownik to taki osobnik, który za marną wierszówkę (wierszówka to wypłata na podstawie wyceny opublikowanych artykułów; o etacie możesz sobie pomarzyć) będzie biegał po mieście za tematami od rana do wieczora. Wtedy byłam w 100 proc. dyspozycyjna; spodobała mi się ta praca. W końcu nie każdy dostaje możliwość pisania w gazecie. Teoretycznie – współpracownikiem może być każdy, kto chce pisać, ale wiele osób po miesiącu rezygnowało (tak było w obu redakcjach dzienników, w których pracowałam). Nie wytrzymywali tempa pracy. A może tego, że trzeba było wymyślać tematy, pracować na własną rękę. Im więcej opublikowanych artykułów, tym lepsza wierszówka…

Moje pierwsze stałe zlecenie dotyczyło sond z dzieciakami w przedszkolu. Raz w tygodniu szłam do umówionego przedszkola z wymyślonym pytaniem i przepytywałam dzieci. Dodam, że o dzieciach miałam wtedy takie pojęcie jak teraz o stopie bezrobocia w Trynidad i Tobago. Potem spisywałam wypowiedzi maluchów i czytelnicy dostawali w czwartek całkiem miłą lekturę.

Były też sondy uliczne. Pod tą straszną nazwą kryje się łapanka na przechodniów: dziennikarz i fotoreporter uganiający się za ludźmi po mieście i błagalnym wzrokiem proszący o czyjąś wypowiedź ze zdjęciem. Normalne, że każdy ucieka, gdy widzi fotoreportera z ustawionym aparatem i dziennikarza z dyktafonem lub notatnikiem. Ludzie uciekają, gdzie pieprz rośnie. W sondzie musiało się wypowiadać minimum trzy osoby. Trzeba było pójść na miasto i urządzić łapankę. Kiedy na porannej planówce słyszałam: „Kaśka, zrobisz sondę na temat…”, miałam ciary. Z czasem się uodporniłam i sondy nawet nieźle mi wychodziły.

Teraz patrzę na to wszystko z przymrużeniem oka i wspominam z rozrzewnieniem, ale wtedy do śmiechu mi nie było. Jednak ta samodyscyplina w pracy, której wtedy się nauczyłam, jest ze mną do dziś. Także w domu, gdzie jestem gospodynią domową;-) Jak jest zadanie do zrealizowania, to je realizuję. Nie odkładam nic na potem, a przynajmniej bardzo się staram. Nie siedzę i nie filozofuję, tylko działam. Także na blogu. Wierzcie mi, jeszcze nigdy nie było tak, że zasiadam do laptopa i głowię się, o czym by tu napisać na blogu. Nie mam na to czasu. Zawsze mam w głowie ułożony zarys postu. Pomysły na tematy – w pracy czy na blogu – zapisuję sobie na laptopie lub notatniku. Inaczej bym tego nie ogarnęła.

Mój pierwszy sukces dziennikarski

Miał miejsce kilka miesięcy po tym, jak zaczęłam pracę w redakcji. Pierwsze miesiące naturalnie obeszły się bez większych sukcesów, za to z mniejszymi porażkami. Opisałam historię 19-letniego chłopaka, który potrzebował specjalnej protezy do krótszej nogi. Artykuł niewielkich rozmiarów ukazał się na czwartej stronie w gazecie (dość kiepskie miejsce), ale odzew czytelników był ogromny. Historia mojego bohatera tekstu musiała ich mocno wzruszyć, bo wpłacili na podane konto potrzebną ilość pieniędzy! Około 8 tysięcy złotych. Zakup protezy stał się możliwy w ciągu kilku dni.

Nigdy nie zapomnę, jak kilka dni później, do redakcji przyjechali rodzice tego chłopaka, z przepięknym bukietem kwiatów podziękowaniu za moje zaangażowanie. 

Dla takich chwil warto pisać. 
Od tamtego momentu minęło 11 lat. 
Szmat czasu. Wiele się nauczyłam.

Kochani, w styczniu obiecałam Wam, że rozszerzę nieco tematykę bloga i podzielę się z Wami moimi refleksjami na temat pracy dziennikarza 

Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś się więcej, dajcie mi znać w komentarzach. Może znowu coś napiszę?

You may also like...