Malinowe wakacje + mój przepis na urlop

Nabrzmiałe czerwienią, słodkie do granic przyzwoitości, przesiąknięte słońcem do ostatniej kropli soku, soczyście winne. Maliny. To jedyne pojemne słowo, z jakim kojarzą mi się wszystkie wakacje z dzieciństwa i młodości. Rodzinna plantacja malin i owocujące pod koniec czerwca i w lipcu sadzonki nigdy nie pozwoliły mi spędzić normalnych wakacji. Zbieranie malin było ciężką, pełną wyrzeczeń pracą. Buntowałam się, ale nie miałam wyboru. Każdego poranka, obwiązana koszyczkami, posłusznie szłam zrywać soczyście słodkie owoce prażąc się w gorących promieniach słońca. Od kiedy zaczęłam pracować, moje wakacje (dwutygodniowe urlopy) z każdym rokiem bywały coraz mniej malinowe. Dziś w ogóle nie mają już smaku malin…. Dziś, w ostatni weekend lipca, zaczynam moje wakacje:-) 
Moja miejscowość słynie z plantacji i uprawy tych owoców. Kiedyś spoglądając na wzgórza z dwóch stron otaczające Połomię, widać było lasy, pola uprawne i plantacje malin (tych ostatnich jest u nas coraz mniej), I taki właśnie widok towarzyszył mi każdego lata, podczas tygodni spędzanych na zbiorze malin. Mój codzienny wakacyjny rytuał wyglądał tak: pobudka wczesnym porankiem (ok. 5 rano, a bywało, że i o czwartej), szybkie śniadanie i cały dzień – z krótką przerwą na obiad – spędzony w równiutkich rzędach malin. Wszędzie zieleń liści, krwista czerwień malin, żar lejący się z nieba (lub deszcz) i pośpiech towarzyszący zbieraniu owoców, by „przezbierać” wszystkie rzędy. Ok. 17-19 powrót do domu… Nie podobało mi się to. Buntowałam się. Z każdym latem coraz bardziej marzyłam, żeby wakacje naprawdę były wakacjami. Żebym mogła się wyspać, spotkać ze znajomymi, wreszcie – wyjechać gdzieś…

Ten rokroczny rytuał został przerwany z chwilą, gdy zaczęłam pracować. Rodzinna plantacja malin powoli się kurczyła, aż w końcu została zlikwidowana. 
Moje wakacje skurczyły się do dwóch tygodni.
Pilnie wyczekiwanych dwóch tygodni.
Intensywnych dwóch tygodni urlopu, kiedy próbuję nadrobić zaległości na wielu polach.
Mają one tę właściwość, że zawsze tak późno się zaczynają, a tak szybko kończą…
Właśnie zaczynam swoje wakacje:-)
Nigdzie nie wyjeżdżam, a jednak nie będę się nudzić. Zaplanowałam niemal każdy dzień. Zanotowałam tylko najważniejsze rzeczy, które chcę, muszę i powinnam zrobić.

Trzymajcie kciuki:-)
Mam nadzieję, że choć połowę tego planu uda mi się zrealizować:-)
Chcecie, aby dzieliła się z Wami tym, co robię na „wakacjach”?
Jeśli tak, to zapraszam na fanpage Books and Babies na Facebooku
Na koniec zostawiam Was z wierszem Bolesława Leśmiana, który o malinach pisze tak, że zaczyna się robić naprawdę gorąco:-) 
P.S. Kiedyś sama napisałam wiersz, od którego pachniało malinami i nawet dostał on wyróżnienie w konkursie poetyckim:-) Ale czytajcie Leśmiana!
Leśmian Bolesław, W malinowym chruśniaku

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,
A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie – oddałaś w skupieniu,
A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.


You may also like...

  • Ależ ja uwielbiam maliny… Ale tu gdzie mieszkam (w Hiszpanii) to jest naprawdę rzadki owoc. A jeśli już się go gdzieś znajdzie, to kosztuje miliony! Moi rodzice mają w ogródku kilka krzaczków i na szczęście zbierają i mrożą, a potem mogę jeść i ja.. Mrożone to nie to samo, ale z ogródka od rodziców to już coś.. 🙂

  • Eh, ja to nie bardzo lubię się w krzaki wszelkiego rodzaju zapuszczać, zawsze jest myśl o czających się tam robalach;) Jako dziecko też zbierałam maliny i inne owoce u babci na działce:)
    Życzę Ci, żeby cały plan na urlop się spełnił i jestem bardzo ciekawa, co to za metamorfoza:) Mnie też jedna po głowie (dosłownie;p) chodzi, ale – że zmieniliśmy auto, to zmiana fryzury musi poczekać;)

  • Jak metamorfoza się uda, to ją na pewno zobaczysz:-) A jak nie, to nie wiem, nie będę się nigdzie pokazywać:-) ale muszę też zrobić lekką metamorfozę blogową. Hmmm, do jakiego fryzjera Ty chodzisz, co bierze jak nowe auto;-);-);-)
    🙂 grunt, że samochód jest:-)
    fryzura poczeka:-)

  • Teraz to i ja lubię maliny, ale kiedyś, gdy mieliśmy ich po kilkadziesiąt kilogramów, mogły się znudzić…::-)

  • W takim razie udanych wakacji. Czy po tym wszystkim lubisz maliny?

  • Lubię. Nie powiem, że uwielbiam, ale jej lubię. Bo uwielbiam truskawki:-)

  • Życzę udanego wypoczynku i realizowania wszystkich punktów listy :o)

  • Udanych wakacji, Kasiu! Dziel się na fejsie, będę czekać z niecierpliwością na Twoje relacje.

    P.S. To mój ulubiony wiersz Leśmiana :).

  • gin

    Leśmiana znam, wolałabym poczytać Ciebie 🙂
    Jako dziecko jeździłam na działkę do Dziadków, ale to była sama przyjemność 🙂

  • Trzymam kciuki i wiem, że zrealizujesz wszystko co zaplanowałaś:) Udanego urlopu!!!

  • Dzięki, powoli mi się udaje, a to początek urlopu:-)

  • Mój też:-) A relacje na fb są na bieżąco:-)

  • Zobaczymy, może kiedyś się odważę:-)

  • Dzięki Gosia!

  • Pingback: #MyFirst7Jobs, czyli co robię teraz, a co robiłam kiedyś – Katarzyna Grzebyk()