Otwieram szkatułkę ze wspomnieniami


Są takie chwile w życiu, które zostawiają w sercu głęboki ślad. Wyrysowują się głęboką blizną i nic ani nikt nie może sprawić, by zniknęły. Ma je każdy nas. Kolekcjonujemy je, zamykamy w bezpiecznej szkatułce pamięci; zachowując tylko i wyłącznie dla siebie. Co jednak by się stało, gdybyśmy pozwoli im wyfrunąć? Gdyby niczym nieskrępowane ujrzały światło dzienne? Gdybyśmy sami otworzyli szkatułkę najpiękniejszych wspomnień nie zważając na reakcję otoczenia? W dzisiejszym wpisie postanowiłam uwolnić swoje najważniejsze chwile. Otwieram przed Wami swoją szkatułkę:-)

Dla mojej babci Anny jednym z wydarzeń, które pozostawiły w jej sercu i głowie trwały ślad, była wojna. Wojna na zawsze zmieniła jej życie, jej rodziny, sąsiadów, bliskich. Często prosiłam: „Opowiedz mi wojnie”. I opowiadała. O aresztowaniach i wywózkach do obozów koncentracyjnych, o brutalności radzieckich żołnierzy, odwadze niektórych mieszkańców naszej wioski, którzy ukrywali w swoich domach Żydów, o sposobach, dzięki których babci i jej rodzinie udawało się przetrwać wojenne przednówki… Wojna. Zdecydowanie wojna była tym wydarzeniem, które pozostawiło w jej sercu i pamięci taki ślad, że nawet pod koniec życia, kiedy ciągle się zapominała, o wojnie potrafiła opowiadać z taką samą dokładnością jak kiedyś.

Co ja opowiem wnukom, jeśli się ich doczekam i będziemy się cieszyć swoim towarzystwem w dobrym zdrowiu?
Jaką opowieść ocalę od zapomnienia, gdy usiądę w fotelu, a wokół mnie będą bawić się wnuki?

Mam nadzieję, że historia nie powtórzy się i nigdy nie będę opowiadać o wojnie. Jakimi opowieściami mogłabym uraczyć swoje wnuki? Jakie jest moje 10 najpiękniejszych chwil w życiu? Nigdy ich nie liczyłam, nie prowadziłam statystyk. Nie wiem, czy jest ich 5, 10, 15 czy 25, bo one po prostu są i… ciągle pojawiają się nowe:-) Nie wiem też, czy słowo „najpiękniejsze” jest właściwe w przypadku tych chwil, o których myślę. Określenie „najważniejsze” jest bardziej na miejscu.
 
Opowiem im o dzieciństwie spędzonym na wsi. O dojrzewających malinach, które zbierałam przez lata w każde wakacje, i wielkiej radości z pierwszych zarobionych w ten sposób pieniędzy. O jedynym w swoim rodzaju smaku lodów śmietankowo-kawowych w kostce zawiniętych w srebrny papier, jedzonych w pośpiechu po drodze ze szkoły do domu… O beztroskim dzieciństwie wolnym od ograniczeń wirtualnego świata i telewizji. O życiu, w którym po szarych latach 80. na podkarpackiej wsi zaczęły pojawiać się pierwsze kolory.

Opowiem o pewnej upalnej niedzieli sprzed paru lat, kiedy życie straciło kilka nieznajomych mi osób, chwilę po tym, jak wskazałam im kierunek drogi prowadzącej do domu; i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że życie jest zbyt krótkie, by nie skosztować niespodzianek, jakie trzyma w zanadrzu, tylko nam nie chce się po nie sięgnąć. Tej niedzieli, która na zawsze zmieniła bieg mojej nudnej aż do bólu codzienności… Opowiem im o tym, że w życiu zdarzają się wielkie trzęsienia ziemi (serca;-), tylko trzeba dać sobie na nie zgodę…
Poczęstuję opowieścią o poszukiwaniu najpiękniejszego miejsca na świecie, jakie odkryłam niedawno. I pomyśleć, że zawsze było ono tak blisko, na wyciągnięcie ręki, tylko nie chciałam tego głośno przyznać.

Powiem im, że żadna z przeżytych chwil nie może równać się z tą, gdy czujesz, jak pod twoim sercem zaczyna cichutko bić drugie. Najpierw swoim słabym, powolnym rytmem, który z czasem nabiera tempa i wyrównuje się, by w końcu zacząć bić samodzielnie. Wydaje mi się, że mnie nie zrozumieją. Uśmiechną się, pokiwają głowami zajęte zabawą i swoim towarzystwem. Pomyślą: „Co Ty wiesz, babciu….” Ja też się uśmiechnę. Przecież wiem, że kiedy w ich życiu przyjdzie TA chwila, od razu uznają ją za najpiękniejszą na świecie…:-)
Dzisiejszy wpis przeczytaliście dlatego, że biorę udział w wyzwaniu blogowym Uli Phelep prowadzącej blog Sen Mai.


You may also like...