(P)o co cały ten cyrk?



Tydzień temu byłam z dziećmi w cyrku. Zanim się zdecydowałam, przez kilka dni biłam się z myślami: czy ulec prośbom dzieci i zabrać je do cyrku, którego nigdy wcześniej nie widziały; czy tłumaczyć, że cyrk wcale nie jest taki fajny jak wygląda. Dzieci widzą cyrk przez pryzmat cukrowej waty, mieniących cekinów, kolorowego klauna, egzotycznych zwierząt i magicznych sztuczek – dla nich niemożliwych. Ja widzę cyrk nagi. Obdarty z tony brokatu, cekinów, balonów i sztucznego uśmiechu. Widzę małe oszustwa, zniecierpliwienie pod grubą warstwą makijażu i smutne zwierzęta. Mimo to zgodziłam się. Dzieci były zachwycone, ale wcale nie jestem przekonana, że zrobiłam dobrze. Co Wy zrobilibyście: spełnili małe marzenie dziecka czy nakarmili prawdą, którą sami poznaliście nie będąc już dzieckiem?

W cyrku byłam raz, nie licząc ubiegłotygodniowego wypadu. Miałam kilka lat , gdy rodzice zabrali mnie i moje siostry do cyrku w Rzeszowie. Pamiętam, że to było dla nas duże przeżycie. Siedzieliśmy dość wysoko na widowni, na składanych ławkach, które nie miały większego podłoża pod nogami. Rodzice ostrzegali nas, że musimy mocno trzymać w rękach swoje rzeczy, bo jak spadną, to amen. Nie podniesiemy ich już. Wizytę w cyrku wspominam całkiem mile, najbardziej utkwiła mi w głowie sztuczka z panią, która znikała w zamkniętej skrzyni. Nie pamiętam natomiast pokazów ze zwierzętami, choć na pewno i takie były. W sumie, jestem wdzięczna rodzicom, że wzięli nas do cyrku, bo i wtedy i potem po latach traktowałam to jako wspólny czas spędzony z rodzicami. A to dla dziecka jest bezcenne.
Dopiero z czasem, gdy stawałam się starsza i nieco mądrzejsza, zaczęłam patrzeć na cyrk (oglądanym w telewizji, na TVP 2) z innej strony, zza kulis, których dorośli mi nie pokazali. Za kulisy trafiłam sama i nie mam do nikogo żalu, że zostałam jako dziecko oszukana.

#dylemat1 Marzenia vs. prawda
I właśnie z tego powodu (by wspólnie spędzić czas) ostatecznie wzięłam dzieci (syna i siostrzenicę, 2-letniej córki nie brałam, bo mijałoby się to z celem:-) do cyrku. Mówiło o nim całe przedszkole, wybierały się całe rodziny. Nic dziwnego, że moje dzieci również chciały zobaczyć cały ten cyrk. Czy powinnam im odmówić czy spełnić jedno małe dziecięce życzenie? Czy dać możliwość zobaczenia czegoś, czego na co dzień nie widzą, możliwość wspólnego zjedzenia popcornu i wspólnych wybuchów śmiechu albo zdziwienia nad wyczynami akrobatki tańczącej w powietrzu? Czy spokojnie wytłumaczyć 4,5-latkom, że cyrk to nie jest dobry pomysł? Poszliśmy do cyrku również dlatego, że bilety były tanie (10 zł od dziecka), gdyby kosztowały dużo więcej, zrezygnowałabym, bo cyrk jest jednak dość tanią rozrywką. Czemu miałabym za nią przepłacać?

#dylemat2 Mądre pytania vs. mądre odpowiedzi
Biorąc dziecko do cyrku – zwłaszcza dziecko ze wsi, które ze zwierzętami obcuje na co dzień i mniej więcej wie, jak wygląda życie zwierząt – trzeba liczyć się z wieloma pytaniami. Np. dlaczego konie „tańczą” w rytm muzyki zamiast paść się na łące? Gdzie mieszka wielbłąd i dlaczego akurat tam? Jeśli dziecko zna krokodyla czy żółwie z książek, w których zwierzęta żyją w naturalnych warunkach, może dociekać, dlaczego w cyrku pełzną po folii. Trzeba się na to przygotować. Moje dzieci nie zdążyły takich pytań zadać; chyba były zbyt oszołomione programem. Z cyrku najbardziej utkwiły im akrobacje na linie i wstążce oraz pokaz z ogniem. Na szczęście.

#dylemat3 Czy w cyrku zwierzęta są dręczone?
Niedawno zapytałam Was na fanpagu Books and Babies: Czy brać dzieci do cyrku? Posypały się różne odpowiedzi. Część mam odpowiedziała, że jeśli dziecko by chciało, to wzięłyby dziecko do cyrku, choć same cyrku nie lubią (czyli tak jak ja) i wiedzą, czym on pachnie. Jedna odpowiedź jednak mnie zaskoczyła:

„Nie poszłabym do cyrku z dzieckiem. Sama byłam, jak byłam mała i szczególnie podobały mi się tygrysy, słonie, lwy. Pytałam się mamy, dlaczego na słupie zawieszony jest nóż. Mama powiedziała że gdyby jakieś zwierze rzuciło się na człowieka, to ten nóż będzie użyty, żeby szybko zabić zwierze. Trochę się tym przejęłam, ale zwierzęta dalej mnie ciekawiły. Miałam wtedy mniej niż 6 lat nie miałam na tyle wyobraźni, żeby domyślić się, że w cyrku dręczą zwierzęta. Jednak ja bym do cyrku z dzieckiem nie poszła. Nie będę nabijać kasy dręczycielom zwierząt. Zwierzęta można dzieciom pokazać w inny sposób”.

Ten nóż naprawdę mnie przeraził…

Przez cały cyrkowy program bacznie obserwowałam, czy przypadkiem jakieś zwierze nie zostanie uderzone. Na szczęście, nic takiego nie zauważyłam, a siedziałam bardzo blisko areny. Ale jeśli ktoś Was był na tym samym programie i jednak widział coś niepojącego, nich da znać. Ja widziałam przytulanie zwierząt, głaskanie i nagradzanie za wykonany pokaz, niemniej jednak czerpałam dziką satysfakcję, gdy nieco rozleniwione zwierzę buntowało się i nie chciało wykonać polecenia. Gdzieś w głębi serca czułam rozlewające się ciepło i radosną myśl, że nie całkiem zostały ujarzmione. 
Inna osoba pisała o niesmacznych żartach klowna, jakie często spotyka się w cyrku. Mnie też mało śmieszyły, ale dzieci na widowni były rozbawione. Przede wszystkim, nie były gorszące. Dużo bardziej gorszące żarty słyszałam kilkakrotnie na publicznych, plenerowych imprezach dla rodzin z dziećmi. Prowadzący imprezę  opowiedział do mikrofonusoczysty rubaszny żart, z którego nikt poza nim się nie śmiał… Wierzcie mi, rodzicie mieli większe oczy niż ich dzieci…) Tak że cyrk mamy często za nasze podatki, nie tylko na własne życzenie:-)

#dylemat4 zabawne czy niesmaczne?
Zdaję sobie sprawę, że wiele rodziców traktuje cyrk trochę bezrefleksyjnie, jako rozrywkę jak każdą inną, nie przypisując większej ideologii. Rozrywkę, która daje dużo radości i jest megaatrakcją dla dzieci. Tylko częściowo się z nimi zgadzam. Bo nie zgadzam się z takimi scenami, jakie widziałam (podkreślam, nie widziałam, żeby jakiekolwiek zwierzę zostało uderzone). Uważam je za dość przykre, poniżające, odzierające z godności naszych mniejszych braci. Naprawdę było mi żal małych piesków, który stały się maskotkami, i pięknych białych koni, które powinny być dumne, a były posłusznie smutne i podnosiły głowy jedynie na komendę…

Pieski przebrane za małe dzieci…


Piękne konie biegnące posłusznie ze spuszczoną głową…


Bardzo chciałabym wierzyć w magiczną otoczkę, jaką cyrk spowity jest od wewnątrz. Że kolorowa bańka z cekinów i cukrowej waty wcale nie pęka, gdy spadnie kotara, a widownia rozejdzie się do swoich domów. Chciałabym wierzyć, że cyrkowe zwierzęta wiodą cygański, beztroski, szczęśliwy tryb życia, tak samo jak ich właściciele. Że po skończonych pokazach zwierzęta biegają po łąkach, żywią się zieloną trawką, mają niezaplanowany tryb dnia i cieszą się swoją wolnością i towarzystwem. Że nie są przewożone w tych koszmarnych boksach. Wiem, że jestem naiwna w tym, co piszę. Wiem, że tak nie jest. I wiem, że raczej już nie wybierzemy się do cyrku, chyba że będzie to cyrk bez zwierząt, tylko z akrobacjami i magicznymi sztuczkami…
A ty wziąłbyś dziecko do cyrku?

Fot. Zdjęcie otwierające pochodzi z Pixabay

You may also like...