Na Dzień Matki o matce trzynaściorga dzieci

  

W dobie pampersów, zupek i deserków ze słoiczków, nawilżanych chusteczek, kremów na wszystkie przypadłości, mądrych poradników, a przed wszystkim w dobie powszechnego dostępu do Internetu, gdzie można znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania, bycie mamą wcale nie jest takie trudne. Wystarczą dobre chęci. I dużo miłości, oczywiście.
Właśnie dziś, w Dniu Matki, chciałam Wam opowiedzieć pewną historię. Przeczytałam ją kilka lat temu, gdy książka „Żona mormona” akurat pojawiła się w księgarniach. Jest to autentyczna historia (czy może być coś bardziej interesującego od scenariusza, jakie pisze życie?) Irene Spencer, drugiej z dziesięciu żon mormona, i matki trzynaściorga dzieci, która po 28 latach spędzonych w skrajnej biedzie i izolacji, odważyła się odejść od męża i pójść za głosem serca.
Nie chcę oceniać książki pod względem stylistycznym, sposobu narracji itp., – książka zbierała różne recenzje, od zachwytów po ostrą krytykę – ponieważ uważam to za mało istotne, biorąc pod uwagę wagę tematu, wokół którego książka się koncentruje. „Żona mormona” to nic innego jak spowiedź doświadczonej przez życie kobiety, która w wieku 16 lat zdecydowała się na małżeństwo z poligamistą, do czego zresztą nikt jej do tego nie zmuszał, nawet jej rodzice, którzy byli mormonami. To miała być jej droga ku zbawieniu, droga do nieba, o czym przekonani są mormoni. Niestety, nie była. Irene Spencer, zakochana w mężu do granic możliwości, musiała pójść w małżeństwie na wiele kompromisów. W macierzyństwie również.
Najbardziej zapadł mi w pamięć opis jednej z pierwszych wizyt Irene u ginekologa. Miała na sobie bieliznę uszytą z jakiegoś paskudnego materiału przeznaczonego na worki na ziemniaki (albo jeszcze na coś innego) i przeżyła wtedy największe upokorzenie w życiu. Irene zresztą kolejne dzieci rodziła w domu, w bardzo prymitywnych warunkach. W małżeństwie z Verlanem urodziła trzynaścioro dzieci! Czy możemy to sobie dziś wyobrazić? Trzynaścioro? Dziś, kiedy decyzja o drugim albo trzecim dziecku, jest odkładana czasem w nieskończoność, bo uważamy, że nas na to nie stać… albo że kolejnego dziecka nie będziemy w stanie obdarzyć taką samą miłością…. Irene nie miała do dyspozycji pieluch ani gotowych zupek. Co więcej, nie czytała żadnych gazet, nie słuchała radia, rzadko kontaktowała się z kimś spoza „rodziny”. Sama szyła ubrania, sama zdobywała pożywienie dla dzieci, codziennie walczyła o przetrwanie. Brzmi strasznie, ale przez wiele lat żyła w przekonaniu, że tak musi być. Po tym jak odeszła od męża, zaczął się dla niej nowy etap w życiu.

www.irenespencerbooks.com

Każde z trzynaściorga dzieci Irene obdarzała miłością, mimo że kolejne ciąże i porody siały spustoszenie w jej organizmie. Każdemu starała się poświęcić dużo uwagi. Po latach spędzonych w skrajnie ekstremalnych warunkach, doczekała się ponad stu wnucząt i ponad trzydziestu prawnucząt. Jej dzieci, rozsiane po całym świecie, utrzymują ze sobą bliskie kontakty i starają się regularnie spotykać. Irene udało się więc coś, co wielu matkom wydaje się nierealne.
Wszystkim Mamom z okazji Dnia Matki życzę tyle sił i wytrwałości, ile miała Irene. Jeżeli ona była w stanie tyle udźwignąć, czy my miałybyśmy nie dać rady?

***
Na zakończenie przytoczę moją dzisiejszą poranną rozmowę z synem.
Rano jadąc samochodem do przedszkola, słyszymy w radiu, jak prowadzący składa życzenia z okazji Dnia Matki
– Jakiej matki? – pyta syn.
– No, Matki – tłumaczę. – Każdej Matki. Twojej też.
– Ale Ty nie jesteś matka – mówi. – Ty przecież jesteś mama.
Taki mały, a jak umie wartościować….:-)

You may also like...