Książki, które przeczytałam w 2014 roku

W 2014 roku przeczytałam zaledwie 13 książek, tak przynajmniej wynika z moich podsumowań. Książek, które czytałam tylko i wyłącznie dla własnej przyjemności. Jeśli doliczyłabym do tego książki, które czytałam z obowiązku, uczestnicząc w procesie ich powstawania; książki i bajki czytane dzieciom oraz setki stron artykułów w gazetach i Internecie, ta liczba zwiększyłaby kilkakrotnie.

Po cóż takiego interesującego sięgnęłam w mijającym roku? Przeczytałam m.in. sześć nowości wydawniczych i kilka książek, które zostały wydane dużo wcześniej niż się urodziłam. Dużo uwagi poświęciłam biografii i twórczości Juliana Przybosia (nie bez powodu, niebawem wyjaśni się to moje zainteresowanie Przybosiem 😉 oraz pozycjom mającym związek z moimi rodzinnymi stronami i Podkarpaciem. Nie wszystkie polecam, ale o wszystkich napisałam kilka szczerych zdań. Książki podaję w kolejności, w jakiej je czytałam.


1. Kilka przypadków szczęśliwych, Magdalena Zimny-Louis. Prószyński i S-ka 2014
To trzecia, po „Śladach hamowania” i rewelacyjnej „Poli”, książka w dorobku pochodzącej z Rzeszowa pisarki. Sięgnęłam po nią zauroczona właśnie „Polą”, powieścią, której spora część akcji rozgrywa się na terenach mojego powiatu – strzyżowskiego. „Pola” jest napisana tak, że nijak nie chce się jej odkładać nieprzeczytanej na półkę. Spodziewałam się, że „Kilka przypadków szczęśliwych” wciągnie mnie tak samo, ale… nie wciągnęło. Może opisane w nich życie polskich emigrantów w Wielkiej Brytanii, aczkolwiek barwne i aż kipiące od scen z filmów sensacyjnych, aż tak mnie fascynuje jak kameralne losy Tosi Pogorzelskiej i jej ciotki Poli? Podobno „Kilka przypadków…” jest sprawniejsze warsztatowo od „Poli”. Podobno, bo ja tego nie zauważyłam – „Polę” pochłonęłam, posłusznie dałam pisarce wciągnąć się w świat oraz problemy Poli i Tosi. „Kilka przypadków szczęśliwych” przeczytałam. Nie jest to zła książka, śmiało ją polecam, bo autorka z sarkazmem odkrywa wiele polskich wad i przywar. Ale, moim zdaniem, nie jest tak dobra jak „Pola”. Niebawem ma ukazać się kolejna książka Magdaleny Zimny-Louis. I znowu wiele sobie po niej obiecuję:-)

2. Podróż na liściu bazylii, Krzysztof Mazurek. Prószyński i S-ka 2011
Przyznaję, kupiłam ją przypadkowo. Akurat potrzebowałam niewymagającej lektury na wakacje. Skusił mnie dość lekki opis treści na okładce i nazwisko autora: Krzysztof Mazurek jest autorem polskiego przekładu „Kodu Leonarda da Vinci”. Wydawało mi się, że mężczyzna piszący o prowincjonalnej bibliotekarce Mariannie, która wygrywa kurs kulinarny w Toskanii, który diametralnie zmienia jej życie, zrobi to inaczej. Inaczej niż autorki podejmujące w swoich powieściach temat nieszczęśliwych, czasem porzuconych przez mężów kobiet, które w wyniku przypadkowych zdarzeń nagle stają się samodzielne, atrakcyjne i szczęśliwe. Niestety, książka Mazurka jest tak samo przewidywalna i banalna jak inne powieści z tej półki. Dużo w niej utartych schematów, przewidywalnych zwrotów akcji, a także „niebywałych” wydarzeń, w centrum których znajduje się nasza bohaterka. Wszystko trąci mi jakimś fałszem. Choć książkę czytałam pół roku temu, zupełnie nie pamiętam jak wyglądała Marianna. Może autor nie zadbał, aby była wystarczająco charakterystyczna? Nie wiem, czy była wiotką brunetką czy pulchną blondynką, czy lubiła przeklinać albo czy ktoś za nią tęsknił po jej wyjeździe. Jedyny plus tej książki to mnóstwo opisów włoskich smaków, pachnie nimi na każdej stronie i to akurat bardzo mi się podoba! A że zupełnie nie znam się na włoskiej kuchni, uwierzyłam autorowi.

3. Brzytwy kata Sellingera, Jerzy J. Fąfara. Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu 2005
Bardzo dobrze pamiętam natomiast kata Sellingera, głównego bohatera powieści rzeszowskiego pisarza Jerzego J. Fąfary. Sellinger był postawnym mężczyzną w sile wieku, którego urokowi nie mogła oprzeć się niejedna kobieta. Jego zwyczajem była rytualna kąpiel po każdym wykonanym wyroku. Kąpiel, podczas której Sellinger golił całe swoje ciało. W „Brzytwach…” Sellinger przyjeżdża do Rzeszowa w 1900 roku, żeby wykonać ostatni w swej karierze wyrok. Ma to być wyrok na młodym mężczyźnie posądzonym o morderstwo, w którym wielu mieszkańców Rzeszowa widzi… świętego. Kiedy Sellinger wykona wyrok, dowie się, że jego ofiara była jego… No właśnie, kim? Tym, którzy nie czytali tej niewielkiej, ale jakże wciągającej książki, wydanej prawie dziesięć lat temu, gorąco ją polecam. Spodoba się zwłaszcza osobom, którym nieobojętny jest Rzeszów.

4. Pochłaniacz, Katarzyna Bonda. Muza 2014
Tak, ja również przeczytałam tę jedną z najgłośniejszych, a może po prostu świetnie rozreklamowanych polskich książek 2014 roku. I dałam się uwieść pierwszym kilkudziesięciu stronom. Potem, z każdą następną mój entuzjazm stygł, i nie wiem, czy sięgnę po kolejne tomy z zapowiadanej serii. Nie wiem, czy skuszę się na następną część „królowej polskiego kryminału”, jak obwołano Bondę. Przeczytałam do tej pory kilkadziesiąt kryminałów i thrillerów, głównie zagranicznych autorów, więc mam podstawy, by ocenić świetność „Pochłaniacza”. Dzięki tym lekturom dobrze poznałam mechanizmy rządzące regułami tego rodzaju pisarstwa i „Pochłaniacz” wypada na ich tle dość dobrze. Książka jak najbardziej do poczytania, świetna na urlop (czytałam ją na wakacjach, huśtając się na huśtawce i wypoczywając na słowackich basenach, więc wiem co mówię:-) i nie pozwalająca czytelnikowi nudzić się, bo co rusz stawiamy sobie pytanie: kto zabił? „Pochłaniacz” znakomicie się zaczyna, opisy Trójmiasta z początku lat 90. XX wieku i rządzących nim przestępców są niezwykle realistyczne i wciągające. Podoba mi się również motyw przewijającej się w tle piosenki „Dziewczyna z północy”, w której tekście znajduje się klucz do rozwiązania zagadki morderstwa. Czy jej jest tekst jest tak dobry czy może tak tandetny, że wciąż dobrze go pamiętam? Niestety, cały urok „Pochłaniacza” prysł dla mnie w momencie, gdy z kart dowiedziałam się, że główna bohaterka, inteligentna policyjna profilerka Sasza Załuska ma dziecko z rozpracowywanym przez nią kilka lat temu bandytą, w którym się „zakochała”, a który aktualnie przebywa w zakładzie psychiatrycznym. Szczerze mówiąc, wolałabym, aby autorka pozwoliła Saszy mieć dziecko z kimś innym, kimś bardziej oczywistym. Kimś, kto od początku pojawia się na kartach powieści i kogo zupełnie byśmy o to nie podejrzewali.

5. Pomruk, Jerzy J. Fąfara. Wydawnictwo Lisia Góra 2014
To kolejna z moich wakacyjnych lektur i druga autorstwa Jerzego J. Fąfary przeczytana w tym roku. To lektura wymagająca, co ciekawe – jest fabularyzowaną biografią słynnego naukowca prof. Franciszka Chrapkiewicza de Chapeville, biochemika pochodzącego z Godowej w powiecie strzyżowskim na Podkarpaciu (znowu moje rodzinne strony), któremu bojówkarze AK zamordowali rodziców, a który sam cudem uniknął śmierci i uciekł do Paryża. Tam zdobył wykształcenie i pozycję w świecie nauki oraz posadę na Sorbonie, o jakich niejeden europejski naukowiec mógł tylko pomarzyć. Profesor, prześladowany i inwigilowany przez służby PRL, 2 stycznia kończy 91 lat! Jest jednym z najwybitniejszych naukowców w dziedzinie biochemii. Książka jest niesamowita; tak jak niesamowita (i jakże wstrząsająca zarazem) jest biografia skromnego profesora z Godowej. Jedna z najbardziej wartościowych powieści, jakie czytałam w ostatnich latach.
P.S. Świat jednak jest mały. Człowiek, który, jak wynika z powieści, zamordował rodziców profesora, spoczywa na cmentarzu w mojej rodzinnej miejscowości.

6. Wspomnienia o Julianie Przybosiu, oprac. i wstęp Janusz Sławiński, Warszawa 1976 
7. Julian Przyboś. Życie i dzieło poetyckie, red. St. Frycie, Rzeszów 1976

Pozycji tych nie będę szerzej opisywać; są to publikacje naukowe, zazwyczaj czytane przez zainteresowanych studentów albo pasjonatów tematu. Przeczytałam je przygotowując się do pisania artykułu o Julianie Przybosiu , ale lektura tych książek zainspirowała mnie do czegoś jeszcze. Szczegóły podam w 2015 roku.

8. Duchy poetów, Ernest Bryll, Marcin Styczeń. SM-Art. 2013
Rozdział dotyczący Juliana Przybosia (pisałam o tym tutaj) przeczytałam jednym tchem jeszcze w Warszawie, wracając ze spotkania z Ernestem Bryllem i Marcinem Styczniem, autorami „Duchów poetów”. Tę pięknie wydaną książkę czyta się błyskawicznie, bo jest pełna anegdot o kilku polskich poetach, którzy albo przyśnili się Ernestowi Bryllowi albo których znał. Oprócz anegdot z życia Juliana Przybosia, które mnie najbardziej interesowały, znajduje się tu wiele opowieści m.in. o Stanisławie Grochowiaku, księdzu Janie Twardowskim i Tadeuszu Nowaku. Poznajemy poetów zmagających się z kryzysem twórczości, alkoholizmem, niezaradnością życiową, kompleksami, słabościami; nieszczęśliwych ojców, fałszywych przyjaciół itp. Czasem włos na głowie się jeży, ale znacznie częściej śmiejemy się od ucha do ucha. Najbardziej w pamięci utkwiła mi scena, w której Ernest Bryll opowiada, sytuację, jak pijany Władysław Broniewski bełkocząc recytował któryś ze swoich wierszy na ważnym zjeździe komunistów. Gdzieś zapodziała mu się sztuczna szczęka; w końcu znalazł ją w kieszeni marynarki i bezceremonialnie założył ku zdumieniu publiczności… Do książki dołączona jest płyta cd z kompozycjami Marcina Stycznia. „Duchy poetów” to prawdziwa gratka dla tych, którzy chcieliby poznać literatów z innej strony. A że nic tak bardzo nie interesuje czytelnika jak nieznane fakty z życia znanego człowieka, książkę czyta się znakomicie.

9. W głębi kontinuum, Jean Liedloff. Wydanie z 1975 r.
Iza Błażowska opowiadała mi o niej z takim entuzjazmem, że w końcu musiałam ją przeczytać. Jest to ważna pozycja dla rodziców. Poradnik, który nie jest typowym poradnikiem, ale szeroko otwiera oczy na nieświadomie lub świadomie popełniane błędy wychowawcze. Po przeczytaniu „W głębi kontinuum” wprowadziłam małą rewolucję w nasze życie rodzinne i jak na razie widzę pozytywne efekty! Choć książka została wydana 40 lat temu może okazać się „wywrotowa” dla niejednego rodzica, który pragnie zapewnić swemu dziecku wszystko – zabawki, kolorowe łóżeczko, karuzele, pampersy, najlepsze jedzenie. Wszystko, oprócz bliskości, której noworodki i niemowlaki potrzebują najbardziej. Ale nie jest to tylko podręcznik dla rodziców. To opowieść o relacjach międzyludzkich, postrzeganiu siebie i świata. O tym, że z codziennych wydarzeń, obowiązków trzeba czerpać radość, a nie walczyć z nimi. Myślę, że mądrości Indian z plemienia Yequana, które odkryła Liedloff, pomogą niejednemu, kto pogubił się w świecie i hierarchii wartości.

10. A jak królem, a jak katem będziesz, Tadeusz Nowak. LSW 1968
Ta bodajże najbardziej znana z dorobku Tadeusza Nowaka pozycja zalegała w mojej biblioteczce od lat. Po tym, jak w „Duchach poetów” opowiadał o nim Ernest Bryll, zaciekawiła mnie twórczość Nowaka. Nawet na studiach nie miałam jakoś okazji zapoznać się z nią. „A jak królem…” jest napisana prostym językiem (w końcu twórczość Nowaka zalicza się do tzw. nurtu wiejskiego), ale przesiąknięta metaforami i odwołaniami do symboliki biblijnej i ludowej. Historia Piotra, głównego bohatera, tylko z pozoru jest prosta: oto chłopski syn, który hulał i kradł, idzie na wojnę, pozostawiając we wsi dwie rozkochane w nim dziewczęta. Ale Nowak tak poetyzuje tę rzeczywistość, że cała opowieść ma charakter baśniowy, magiczny, symboliczny. Dawno nie czytałam czegoś tak zwykłego opowiedzianego w tak niezwykły sposób.

11. Granice są w nas, Andrzej Gondek. Alegoria 2014.
O Andrzeju Gondku (urodzony i wychowany w Stalowej Woli, znowu Podkarpacie:-) wiele razy słyszałam i czytałam w mediach. Człowiek, który jeszcze kilka lat temu ważył ponad 100 kilogramów, przebiegł słynny morderczy Maraton Piasków na Saharze, dziś należy do wąskiego grona śmiałków Grand Slammers skupiającego zaledwie 47 osób z całego świata, które przebiegły cztery pustynie (Sahara, Gobi, Atacama i Antarktyda) w ciągu jednego roku. Gondek jest jednym z 3 Polaków w tym gronie! „Granice są w nas” to relacja Gondka z przygotowań i biegu po Saharze. Książka ma swoje mankamenty, ale posiada ogromną wartość motywacyjną. Motywuje do wprowadzenia zmian w swoim życiu, do zmiany trybu życia na aktywny. Pada w niej jedno znamienne zdanie, które uświadamia, że sami stawiamy sobie ograniczenia: „Skoro świnię w cyrku można nauczyć jeździć na rowerze, ty nie przebiegniesz Sahary?”

12. Anioły jedzą trzy razy dziennie, Grażyna Jagielska. Znak 2014
Te przejmujące zapiski z pobytu autorki w szpitalu psychiatrycznym okazały się wnieść dużo więcej niż przypuszczałam. Grażyna Jagielska to pisarka, podróżniczka, żona Wojciecha Jagielskiego, dziennikarza, korespondenta wojennego, która trafiła do Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego. Jej zapiski są fabularyzowaną literacką relacją z miejsca, o którym wolelibyśmy głośno nie mówić. A przecież trafić tu może każdy. Autorka spotkała tam młodą pracownicę korporacji, która nie radząc sobie w pracy ze stresem, odcięła sobie ucho. Starszą kobietę, którą zostawił mąż i dzieci. Załamaną przed obroną doktoratu dziewczynę, która wmawia sobie, że ma 12 lat i jest aniołem. Wreszcie kilku weteranów wojennych z Iraku i Afganistanu, głównie młodych mężczyzn, którzy na własne oczy widzieli piekło i od tej pory nie potrafią radzić sobie z rzeczywistością. Autorka pozwala spojrzeć na środowisko żołnierzy – weteranów wojennych z zupełnie innej perspektywy niż widzimy je w mediach. Także mi, która z tym światem, chcąc nie chcąc, jestem związana dość mocnym węzłem:-)


13. Wszystko zależy od przyimka. Jan Miodek, Jerzy Bralczyk, Andrzej Markowski. Agora 2014.
Rok 2014 kończę wywiadem-rzeką z trzema cenionymi i lubianymi profesorami, którzy rozwiewają szereg wątpliwości i odpowiadają na szereg pytań związanych z poprawnością oraz kulturą współczesnego języka polskiego. Profesorowie rozmawiają o najbardziej interesujących tematach współczesnej polszczyzny i dużo mówią o kulturze słowa w Internecie. Jeśli macie jakieś wątpliwości, co jest poprawne, a co nie, zaglądnijcie tutaj.

Ile książek przeczytaliście w 2014 roku? Jakie są ich tytuły?

Fot. Archiwum wydawnictw.

You may also like...

  • Ja w tym roku czytałam głównie… swoje książki. No, ale tak to już jest, na każdym etapie, czy to pisania, czy redakcji, czy przygotowań do druku, wciąż trzeba czytać od nowa, do zanudzenia;)
    Książek z Twojej listy nie czytałam i w zasadzie słyszałam z nich tylko o powieści Bondy, oczywiście. I nie sięgnęłam po nią z premedytacją, bo ja taka przekorna jestem, lubię sama sobie dobierać zainteresowania i sympatie, a miałam wrażenie, że tę powieść mi każdy z każdej strony chce wcisnąć i narzucić;)

  • Ja właśnie nie przeczytałam więcej książek m.in. dlatego, że uczestniczyłam w powstawaniu kilku książek, co pochłonęło bardzo dużo mojego wolnego czasu. "Pochłaniacza" przeczytałam, bo koleżanka z pracy mi pożyczyła. Sama pewnie bym jej nie kupiła, jest tyle wartościowych książek, które chciałabym mieć… A 2015 rok mam zamiar zacząć "Beksińskimi…" Grzebałkowskiej. Czekają w kolejce od października:-) A Beksiński to Sanok. Znowu Podkarpacie. Jakoś tak dobieram książki, że mają związek z moim regionem.

  • Ja mam dwie, które chcę przeczytać i już sobie obiecałam, że z nowym rokiem je wreszcie kupię (jakoś jest tak, że wydatki na książki zawsze są niestety na samym końcu listy potrzeb…) – "Sklep potrzeb kulturalnych" Antoniego Kroha (to o Podhalu) i "Złodziejkę Marzeń" Anny Sakowicz (to przez sympatię do autorki) 🙂

  • Kiedyś, jeszcze na studiach kupowałam więcej książek. Teraz, niestety, trochę mniej… ale radość jest ogromna:-)

  • Czytałam Anioły jedzą trzy razy dziennie. Na Pochłaniacza mam ochotę. Owocnego czytelniczego roku 2015 🙂

  • Mam nadzieję, że będzie owocny!