Kuchnia Słowian. Smaczna czy ohydna?


Mdła i szarobura czy wyrazista w smaku i miła dla oka? Jaka była kuchnia Słowian? Co jadali nasi przodkowie, którzy nie mieli dostępu do tylu kulinarnych „dobrodziejstw” co my? Myśleliście o tym kiedykolwiek? Bo to naprawdę ciekawa sprawa – dowiedzieć się, czym żywiły się osoby, którym przyszło żyć wiele wieków temu. Ja wiem, bo jestem mądrzejsza o lekturę „Kuchni Słowian” napisaną przez małżeństwo Hannę i Pawła Lisów. Jeśli Wam powiem, że książka jest niezwykła, nie będzie to kłamstwem, ale prędko o tym zapomnicie. Ale gdy dodam, że po przeczytaniu „Kuchni Słowian”, pobiegłam do marketu po mąkę pszenną razową, a potem wstałam w sobotę wcześniej niż zwykle, by upiec podpłomyki po słowiańsku? To znaczy, że sprawa jest poważna.

Spokojnie, zacznijmy od początku.
Kiedy zobaczyłam, że Nasza Księgarnia zapowiada ukazanie się „Kuchni Słowian”, zamarzyło mi się jej przeczytanie. Zapachniała mi obietnicą poznania wiedzy dostępnej tylko naukowcom i nie opuszczającą murów laboratoriów. Książki kulinarne jakoś szczególnie mnie nie zajmują, ale ta wydawała się wyjątkowa. Nie rozczarowałam się. Przeciwnie, znalazłam w niej wszystko, czego chciałam się dowiedzieć. Wiem nawet więcej niż chciałam.


Hanna i Paweł Lisowie to ciekawi ludzie. On jest archeologiem i wykłada na mojej uczelni – Uniwersytecie Rzeszowskim; szefuje Grodzisku Żmijowiska, oddziałowi Muzeum Nadwiślańskiemu w Kazimierzu Dolnym, gdzie założył ośrodek archeologii doświadczalnej. Ona jest z zawodu bibliotekarzem, a z zamiłowania popularyzatorką wiedz archeologicznej i tradycji kulinarnych Słowian. Oboje sporo publikują oraz biorą udział w festynach archeologicznych, na których serwują publiczności smakołyki naszych przodków. „Kuchnia Słowian” jest ich popisowym daniem:-) Jeśli oni tak dobrze gotują, jak piszą, mogłabym u nich jadać z zawiązanymi oczami.

„Kuchnia Słowian” to udane połączenie książki kulinarnej z przepisami i obszernymi wyjaśnieniami do nich, publikacji naukowej opatrzonej przypisami, komentarzami, odwołującymi się do średniowiecznych źródeł, oraz książki podejmującej tematykę archeologiczną i historyczną. Ma w sobie coś z pięknego albumu, ponieważ ilustrowana jest dużą ilością fantastycznych zdjęć słowiańskich potraw. To miksowanie tematów, gatunków, kontekstów smakuje nadzwyczaj dobrze.  Czytając towarzyszyło mi wrażenie „powrotu do przeszłości”, cofnięcia się w czasie. Momentami ta książka tak mnie porywała, że wydawało mi się, że to ja tropię resztki słowiańskich smaków. Może autorom właśnie o to chodziło?

Jaka była kuchnia Słowian? Mdła, bez smaku i wyglądu czy też kolorowa i zaskakująca kubki smakowe? Utarło się, że pożywienie naszych przodków musiało być nijakie, skoro nie mieli ani cukru, ani przypraw z torebki ani współczesnych barwników. Jeśli tak się Wam wydawało (mi także), że Słowianie tylko polowali i jedli jakąś paskudną roślinność, jesteście w błędzie. W tej arcyciekawej książce znajdują się takie przepisy (autorzy podkreślają, że Słowianie wcale nie musieli dokładanie tak jadać), że kubki smakowe i wyobraźnia same się budzą. Są tu: smażone czereśnie w miodzie z kwiatami czarnego bzu, ogórki z miodem, polewka z lebiody, jajecznica z pokrzywą, kawa z żołędzi (mój faworyt), groch z miodem, pieczona rzepa, warzywa korzeniowe karmelizowane, kisiel owsiany czy jajka pieczone w popiele. Przyznacie, że wybór całkiem niezły i że aż korci człowieka, by spróbować te cuda:-)
By wiarygodnie odtworzyć skarby słowiańskiej kuchni, autorzy wykonali gigantyczną pracę. Odwołują się do „Kroniki polskiej” Galla Anonima, Geografa Bawarskiego, „Kroniki Czechów” Kosmasa, Relacji Ibrahima ibn Jakuba z podróży do krajów słowiańskich, „Żywota człowieka poczciwego” Mikołaja Reja i Księgi Henrykowskiej. Szperają w doniesieniach środowiska archeologów. Dokopują się do wyników badań słowiańskich naczyń. Udają się do laboratoriów. Konsultują się z ekspertami od roślinności (m.in. z Łukaszem Łuczajem również z Uniwersytetu Rzeszowskiego). Na podstawie znalezionych tam informacji, pichcą na własną rękę metodą prób i błędów. Potem częstują swoimi kulinarnymi eksperymentami na piknikach archeologicznych. Publiczność jest zachwycona. Publiczność dziękuje. Publiczność chce więcej. I oto jest książka. Książka, po lekturze której stajemy się głodni. Książka napisana tak smakowicie, że momentami łapałam się na myślach, iż chciałabym się znaleźć choć na moment w tamtych pięknych czasach. „Kuchnia Słowian” jest wyborna, autorzy – bez podlizywania się – serwują czytelnikowi wspaniałą wycieczkę w czasie i przestrzeni, pokazując wspaniały dorobek i pomysłowość naszych przodków.

Tak, ja również dałam się porwać fenomenowi słowiańskiej kuchni. Przygotowując się do recenzji tej książki, wiedziałam, że muszę zakasać rękawy, bo jak inaczej mogłabym Wam polecić coś z serwowanych dań? A że trochę się bałam upiec dziką kaczkę w glinie:-) czy też bryję na zielono, pokusiłam się o rzecz chyba najłatwiejszą. Podpłomyki, które kiedyś zastępowały chleb. Kupiłam mąkę pszenną razową, dolałam trochę zimnej wody prosto z kranu, wyrabiałam przez 15 minut, a potem upiekłam na blasze kuchni kaflowej. Chyba się udały, bo wyrosły, a to warunek, o czym piszą autorzy. A że są naprawdę dobre świadczy fakt, że mój 4,5-letni syn ze smakiem je zajadał. Mi też bardzo smakowały!

W „Kuchni Słowian” autorzy obalają mit przaśnej kuchni naszych przodków i pokazują piękną słowiańską ideę slow food, znaną już wtedy! Opisują rzadko stosowane na co dzień w naszych kuchniach procesy konserwowania żywności (wędzenia, suszenia czy kiszenia), które pozwoliły Słowianom dłużej przechowywać dobyte pożywienie. Radzą, jak przy wykorzystaniu roślinności z łąk (rdest,  nadać potrawom wyrazistego smaku i koloru. Uczą kulinarnego survivalu – mnie np. zachwyciły słowiańskie lodówki, ale gwarantuję Wam, że w książce znajdziecie więcej takich „nowinek”. Obiecałam sobie, że podczas wakacji jeszcze spróbuję ugotować coś słowiańskiego:-) Pora na wyzwanie większe niż podpłomyki. Pora przełamać się i zjeść coś, co rośnie na łące obok bez obaw, że jest trujące albo zanieczyszczone. Przecież to, co kupujemy w sklepach rzadko ma coś wspólnego ze zdrową żywnością.
Mnie korci jajecznica z pokrzywami….
Co Wam najbardziej by smakowało? 

Dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia za przekazanie egzemplarza do recenzji.
Kuchnia Słowian, czyli o poszukiwaniu dawnych smaków
Hanna Lis, Paweł Lis
forma wydania: książka papierowa
oprawa: twarda
rok wydania: 2015
liczba stron: 320
format: 189 x 245 mm
przedział wiekowy: 18-100
numer ISBN: 978-83-10-12652-8

You may also like...

  • Jajecznicy z pokrzywami raczej bym nie tknęła, ale np. mój dziadek jest wielkim miłośnikiem sałatki z pokrzyw!;)
    Książka pięknie wydana, może to pomysł na prezent dla mojego dziadka?:)

  • Ciężko mi powiedzieć, komu ta książka spodobałaby się bardziej:-) Dla osoby, która pasjonuje się historią, nauką, archeologią, na pewno będzie dobrą pozycją. Dla miłośnika kuchni – nie wiem, bo jednak to są specyficzne przepisy:-) Twój dziadek na pewno by nie pogardził jajecznicą, jaką zrobię. Ale muszę najpierw wybrać się na pokrzywy!
    Książka jest świetna, na prezent znakomita!

  • Czytając Twój wpis jestem głodna:) Jajka pieczone w popiele mnie zaciekawiły 🙂

  • Gosia, to dobrze:-) tak powinno być:-) Jajka w popiele brzmią ciekawie, ciekawe jak różnią się w smaku od gotowanych. Trzeba rozpalić ognisko i się dowiedzieć:-)

  • Kurcze zgłodniałam i co teraz? Jajka mam, pokrzywy też może bym zdobyła… książki nie mam! Zamówię (kolejną!) i przywiozę z wakacji w Polsce

  • Rób tak jak zwykłą jajecznicę:-) Tylko pokrzywy dodaj. A książkę warto kupić, będziesz zadowolona, tak sądzę:-)

  • Jajecznica z pokrzywami, owszem. Ale pokrzywy podobno najlepiej spożywać do końca czerwca, później przekwitają i nie mają już tyle wartości odżywczych. Także poczekaj do następnego roku 😉
    Kawę z żołędzi piłaś? Ja tak, i jako kawofanka powiem szczerze, nie smakowała mi. Za dużo farfocli mi się między zębami kłębiło 🙂
    Książka mnie zainteresowała, być może dlatego, że lubię gotować (co nie oznacza, że zawsze mi wychodzi ;)) i poznawać nowe/stare smaki. Chętnie widziałabym ją w swojej biblioteczce.
    Pozdrawiam i dziękuję za ciekawą propozycję zgłoszoną do wyzwania!

  • Nie miałam pojęcia o tych pokrzywach. Muszę poczekać:-) Kawy z żołędzi też nie próbowałam, podobno można kupić gotową, albo samemu przygotować. Nie wyobrażam sobie smaku, co najwyżej kolor. Jeśli będę mieć okazję, spróbuję na pewno;-)

  • Pingback: Wegańska kuchnia Alicji Rokickiej - Katarzyna Grzebyk()