Pokochać Afrykę #2

 
Pora na część drugą mojego opowiadania pt. „Pokochać Afrykę”. Jeśli nie czytaliście części pierwszej albo chcecie ją sobie przypomnieć, kliknijcie tutaj. Dziś druga i ostatnia już część mojego opowiadania. Czytajcie i komentujcie. Czekam na Wasze uwagi:-)
(…)
Marlena wróciła do mieszkania. W skrzynce mailowej czekała na nią wiadomość od Karoliny: „Nic nie napisałaś. Jak jest? U nas baaardzo ciepło. Nie wiem, kiedy znów będę mieć Internet, więc lepiej odpisz od razu, żebym się nie martwiła. A, już możesz wysyłać paczkę. Szczegóły masz w umowie”. Marlena nie miała ochoty na pisanie, ale mail był jedyną formą kontaktu z Karoliną, która zaraz po studiach wyjechała na wolontariat do Mogadiszu, a potem została jako etatowy pracownik fundacji prowadzonej przez polskie zakonnice. To Karolina była odpowiedzialna za cały „legalny handel” somalijskimi dziećmi. W dużej mierze, to właśnie dzięki jej pośrednictwu młodzi Somalijczycy otrzymywali pomoc finansową od rodziców z Polski. Kilkoro dostało nawet szansę na studia. Marlena w kilku zdaniach opisała koleżance swojej wrażenia i poprosiła o więcej informacji na temat Suzie. I skąd, do cholery, Suzie ma sukienkę od Koby? – zapytała.
 
W poniedziałek po pracy Marlena poszła na zakupy. Rzeczy, których Suzie potrzebowała najbardziej, musiały się zmieścić w kopercie bąbelkowej. W aptece kupiła artykuły higieniczne i lekarstwa spisane przez Karolinę, kilka sztuk bielizny dziewczęcej, budynie w proszku, galaretki i ozdoby do włosów. Cudem zmieściła to wszystko do koperty, dołączając swoje zdjęcie, i wysłała priorytetem do Mogadiszu. Jak dobrze pójdzie, paczka dojdzie tam za kilka tygodni. 
 
Jak wynikało z pisanej w pośpiechu przez Karolinę wiadomości, Suzie była półsierotą, niewidomą, z porażeniem mózgowym. Jej matka zmarła, gdy miała dwa lata. Osierociła także czterech starszych synów. Dzieci zostały z babcią i ojcem. Babcia zmarła po roku, po ciężkiej chorobie i po kilkunastu latach wyczerpującej pracy na roli, zostawiając całą gromadkę zięciowi. Chłopcy dorośli i założyli własne rodziny. Kilkuletnia, niepełnosprawna Suzie znalazła się pod opieką ojca. Suzie z racji niepełnosprawności była dla niego ciężarem. Przez pięć lat brutalnie się nad nią znęcał. Wiadomość o zaniedbanej, poobijanej i skrajnie wychudzonej dziewczynce w końcu dotarła do polskich sióstr zakonnych w Mogadiszu. Z pomocą dalszych krewnych Suzie zakonnice umieściły dziewczynkę w prowadzonym przez nie szpitalu i zapewniły jej niezbędną pomoc medyczną. Niestety, stan zdrowia Suzie się nie poprawiał. Siostry postanowiły włączyć Suzie do programu adopcji, choć nie spełniała wszystkich wymogów – przede wszystkim nie uczęszczała do szkoły. W ciągu kilku dni wiadomość o kolejnym dziecku oczekującym na adopcję dotarła do kilkunastu osób w Polsce. Żadna z nich nie chciała przyjąć „takiego” dziecka. 
 
Karolina przypomniała sobie wtedy o Marlenie, koleżance ze studiów, która kiedyś zgłosiła się do programu adopcji somalijskich dzieci. Ponieważ dobrze znała Marlenę, która wiele razy zawodziła ją jako przyjaciółka, była bardzo ostrożna w rekomendowaniu jej na rodzica adopcyjnego. Po tym, jak kolejni rodzice odmawiali przyjęcia Suzie, Karolina postanowiła dać szansę Marlenie. „Może nie zrezygnuje z niej po miesiącu, jak kiedyś z mojego Brutusa, którego zostawiła w schronisku… Niech się uczy odpowiedzialności” – musiała bić się z myślami, wysyłając Marlenie formularz adopcyjny, dane do przelewu i zdjęcia Suzie. Zupełnie nie wiedziałam, że jest to sukienka od Koby. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła – pisała na zakończenie Karolina.
 
***
Marlena okazała się wyjątkowo dobrą mamą. Nie dość, że nie odtrąciła Suzie od razu, bo ta nie była dzieckiem idealnym, to jeszcze solidnie wywiązywała się z programu adopcji. Przez trzy lata regularnie przelewała na konto sióstr po 300 dolarów, o 100 dolarów więcej niż się zobowiązała. Oprócz tego kilka razy w roku biegała na pocztę, by wysłać swojej córce paczkę z ubraniami, kosmetykami i potrzebnymi lekarstwami. Na Boże Narodzenie i urodziny odpowiednio wcześniej pakowała specjalne prezenty. Raz w roku otrzymywała sprawozdanie dotyczące sposobu wykorzystania wpłacanych przez nią pieniędzy, list od dziecka pisany przez wolontariusza i nowe zdjęcia Suzie. Z każdym zdjęciem dziewczynka rosła, jej warkoczyki były coraz dłuższe, ale jasne spojrzenie zawsze było tak samo głębokie i przenikliwe, a ręce i nogi nadal powyginane – brak rehabilitacji w dzieciństwie spowodował, że spastyczność kończyn nasilała się. Suzie miała też nigdy nie odzyskać wzroku. Marlena po cichu marzyła, że kiedyś spotka się z Suzie.
 
***
Nauczona doświadczeniem spotkania ze znajomymi sprzed trzech lat, postanowiła, że już nigdy nikomu nie powie o afrykańskiej ciąży i macierzyństwie. W żaden sposób nie poprawiłoby to sytuacji Suzie. W ciągu ostatnich trzech lat spoważniała i dojrzała emocjonalnie. Wbrew swoim najśmielszym przypuszczeniom, dostała dobrze płatną pracę. Teraz mogła pozwolić sobie na drobne zakupy u Koby. Postanowiła, że pójdzie tam po kolejnej wypłacie. Na wszelki wypadek do torebki włożyła wydrukowane zdjęcie Suzie w kolorowej sukience od projektantki.
 
Sklep i autorska pracowania Katarzyny Koby, mieszczące się w centrum Rzeszowa, uchodziły za miejsce, w którym ubierają się żony bogatych i wpływowych mężów. Wchodząc do ekskluzywnej pracowni, Marlena czuła, że jest za gruba, źle ubrana, źle uczesana i że ma niemodne buty. Wnętrze trochę onieśmielało ją, ale chciała sobie kupić coś ładnego, a przede wszystkim chciała zapytać o sukienkę Suzie. Po przeglądnięciu rzeczy na wieszakach stwierdziła, że stać ją będzie tylko na zwykłą bluzkę. Sukienka Suzie musiała kosztować co najmniej kilka razy więcej!
 
Na szczęście dla Marleny, wkrótce w sklepie pojawiła się Katarzyna Koba. Smukła projektantka sama stanęła za kasą i zajęła się pakowaniem bluzki. Marlena wyjęła zdjęcie Suzie.
– Czy Pani szyła tę sukienkę? – zapytała cicho.
Koba przyglądnęła się dokładnie i uśmiechnęła.
– Zgadza się, ale na pewno nie dla tej dziewczynki – odpowiedziała projektantka.
A dla kogo, jeśli można wiedzieć – ciągnęła temat Marlena.
– Parę lat temu Rzeszów gościł ambasadorów kilkudziesięciu państw z całego świata. Ich żony nie brały udziału w spotkaniach z biznesmenami, więc wspólnie chodziły na zakupy. Pamiętam, że przyszły do mnie dwie Afrykanki i dwie Azjatki. Jedna z Murzynek kupiła sobie kolorową sukienkę i bardzo chciała kupić identyczną sukienkę dla córki. Zapytała, czy dam radę uszyć taką samą w ciągu kilku dni. Nie mogłam odmówić – opowiadała projektantka. 
– Nie wie Pani, z jakiego kraju była ta kobieta? – zapytała Marlena.
– Niestety, nie. Ale miło widzieć, że moje projekty są popularne nawet w Afryce – uśmiechnęła się projektantka. – To był jedyny egzemplarz tej sukienki.
Do widzenia – pożegnała się Marlena. 
 
Wieczorem napisała maila do Karoliny, zdając relację z przeprowadzonego śledztwa. Na odpowiedź nie musiała czekać długo. Po kilku dniach Karolina odpisała. „Siostry przypomniały sobie, że kilka lat temu głośno było o wizycie ambasadora Kenii w Polsce, który przyjechał z rodziną odwiedzić dalekich krewnych w Mogadiszu. W drodze do Mogadiszu zepsuł się im samochód i utknęli w jakiejś wiosce. W naprawie samochodu pomogli im dwaj mężczyźni, jak się okazuje bracia Suzie. Córka ambasadora zauważyła Suzie i tak się przejęła jej losem, że podarowała jej własną, nowiutką sukienkę. Wiem to, bo wczoraj przyszedł odwiedzić Suzie jeden z braci. Z Suzie nie jest dobrze. Ma ostre zapalenie płuc. Modlimy się, żeby jej przeszło. Pa”.
 
Rozwikłanie zagadki kolorowej sukienki Suzie nie ucieszyło Marleny. Kolejne wiadomości, jakie otrzymywała od Karoliny, były coraz bardziej przygnębiające.
„Suzie trzyma się dzielnie, ale jest stan nie poprawia się”.
„Dzisiaj razem z Markiem, naszym elektrykiem, pisała do Ciebie list. Tym razem będzie po polsku, bo Marek od razu tłumaczył na polski. Wszyscy wolontariusze w terenie, więc list pisał elektryk;-)”.
„Suzie jest nieprzytomna:(”
„Marlena, dziś jest o niebo lepiej. Wyjdzie z tego. Tak mówią lekarze”.
„Mari, Suzie zmarła dziś rano…”
***
Marlena długo nie mogła oswoić się ze śmiercią Suzie. Po kilku tygodniach przyszedł do niej list pisany przez dziewczynkę. W kopercie był również list od Karoliny. Marlena otworzyła go. „Wiem, że jest Ci ciężko. Postaraj się pamiętać tylko te najmilsze chwile z Suzie. W naszym szpitalu nie ma tygodnia, by nie umarło jakieś dziecko. Z głodu, choroby czy Bóg wie czego. Nie można się do tego przyzwyczaić. P.S. Marek był bardzo zdziwiony, że mieszkasz w Rzeszowie. Za pół roku kończy kontrakt i wraca do Polski, do Rzeszowa. Zamierza Cię odwiedzić. Wiesz, że mieszkacie na tej samej ulicy? Zna cię z widzenia.  Ja wracam za rok. Pa.”
 
Marlena otwarła list od Suzie. Tylko kilka słów podziękowań… Otarła łzę i popatrzyła na zdjęcie. Przy Suzie na szpitalnym łóżku siedział nie kto inny, jak przystojniak z bloku naprzeciwko.
 
Koniec.
🙂
 
 
 
 
 
 

You may also like...

  • Jeśli nie będzie dalej to ja się obrażę i już na bloga nie zajrzę…

  • Widać Twoje dziennikarskie zacięcie – to opowiadanie czyta się jak prawdziwy reportaż z realnych zdarzeń!

  • Żartuję oczywiście:) Super! Mi się bardzo podoba

  • O mały włos a bym się rozpłakałam. Obie części przeczytałam jednym tchem. Czekam na więcej.

  • Rewelacyjny tekst!: )

  • Hmmm… tyle napisałam 3 lata temu:-) Więcej nie planowałam. Ale mam jeszcze jedno opowiadanie też napisane jakiś czas temu. Zupełnie inne:-)

  • Dzięki:-)

  • Miło mi to słyszeć. Opowiadanie zakończone, ale może się zmobilizuje jeszcze coś innego napisać.

  • 🙂 Bo niektóre sytuacje miały miejsce naprawdę;-)

  • Fajnie się skończyło. Każdy może sobie dopisać własne zakończenie, takie są najlepsze 🙂
    Ja tam ułożyłam już swoje, strasznie harlequinowe, ale nieważne… 🙂
    Pododa mi się Twoje opowiadanie, ukuło mnie wręcz w serce, zaczęłam się też zastanawiać sama nad taką adopcją. Poczytać musz…

  • Bardzo mi się podobało! Zdecydowanie chcę przeczytać kolejne Twoje opowiadania 🙂

  • Wciagnelo mnie, czekam na ciag dalszy, nie wszystko polapalam, bo zaczelam czytac od srodk,a musze zajrzec do pierwszego odcinka i poukladac sobie fakty. JAka afrykanska ciaza? Jaki przystojniak. Biedna Suzie, gdyby urodzila sie gdzie indziej moze zyla by dluzej i mogla miec normalne zycie. Pozdrawiam serdecznie Beata

  • To już..? Koniec 🙁 Szkoda, fajne to opowiadanie 🙂
    Czy to drugie również umieścisz na blogu? Pozdrawiam 🙂

  • 🙂 Zakończenie pozostało otwarte, więc każdy może dopowiedzieć je na swój sposób. Asiu, zaglądnij na stronę http://www.adopcjaserca.pl oraz na stronę fundacji Szymona Hołowni. Może coś znajdziesz.

  • Beata, zapraszam Cię do części pierwszej, jest podlinkowana na początku tekstu:-)

  • Nie wiem. Przeczytam je raz jeszcze i zobaczę, czy nadaje się do publikacji:-)

  • Ups:-) Muszę przeczytać uważnie to, co jeszcze mam w plikach, i zobaczę, może coś jeszcze opublikuję:-)

  • Jak to zawsze w życiu coś się dzieje po coś. Nawet kiedy przytrafiają nam się najdziwniejsze, a czasem smutne rzeczy, to po pewnym czasie niosą one ze sobą też coś dobrego. Szkoda, że już koniec opowieści. Świetnie się czytało:).

  • Dzięki Aniu.

  • Anonimowy

    Kasiu – świetny tekst. Wręcz żałuję, że taki krótki. Zawsze poruszają mnie "prawdziwe historie", a właśnie ten trudny aspekt naszej rzeczywistości – nawet przeplatany z fikcją literacką – na pewno nie pozostanie obojętny nikomu. Jesteś wspaniała. Gratuluję. Gosia.

  • Gosiu, znowu dziękuję:-) Wiesz, jak bardzo liczę się z Twoim zdaniem; miło mi, że ta opowieść Ci się spodobała,

  • Wow.. Jestem pod wrażeniem… Ostatnie słowa i łzy poplynely mi po policzkach.. Piękna historia..